Mistrzostwa Świata w kolarstwie przełajowym 2018 przeszły do historii.

Na tak piekielnie trudnej trasie, jaka była na MŚ CX w holenderskim Valkenburgu, zawodniczki i zawodnicy reprezentacji Polski mieli okazję wystartować po raz pierwszy. Dodając do tego fakt, że o samym wyjeździe dowiedzieli się chyba trzy dni przed zawodami, należy im się wielki szacunek za to, że zdecydowali się podjąć wyzwanie.

Wśród reprezentantów znaleźli się Mistrzyni Polski Marta Turoboś oraz Agnieszka Szpocińska i Tomasz Budziński z Hurom Sławno Accent Team.

Ostatecznie Marta zajęła 41. miejsce w elicie, Agnieszka ukończyła wyścig U23 na 38. miejscu, a Tomek również w U23 został sklasyfikowany na 44. miejscu.

Jak komentują swój występ? Oddajmy im głos.

Marta
– Ciężko mi opisać słowami sobotni wyścig… Było dobrze przez pierwsze pół rundy, a potem niestety już tylko gorzej. Zapychające się koła, które uniemożliwiały jazdę i tony błota sprawiły, że większą część rundy trzeba było biegać. Niestety takie warunki widziałam do tej pory tylko w internecie. Kto nie był i nigdy nie ścigał się w takim błocie, nie jest w stanie wyobrazić sobie jak było ciężko. Nie jestem zadowolona ze swojego wyniku, ale zmotywowana by ten rezultat znacznie poprawić.
Sama impreza bardzo mi się podobała. Niezliczona ilość kibiców i ich niespotykana życzliwość dodawały otuchy nawet takim jak ja, czyli zamykającym stawkę.

Agnieszka
– Reprezentować Polskę na imprezie tej rangi to wielka duma i przyjemność. Sam wyścig był bardzo ciężki ze względu na panujące warunki na trasie. Ogromna ilość błota sprawiła, że połowę rundy trzeba było pokonać biegnąc z rowerem na plecach. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że po raz pierwszy rywalizowałam w tak ekstremalnych warunkach. Mimo to trasa bardzo mi się podobała i ścigało mi się na niej całkiem nieźle, choć niestety trzydzieste ósme miejsce tego nie odzwierciedla. Z wyniku nie jestem zadowolona, jednak na chwilę obecną na tyle mnie stać. Mam nadzieję, że dostanę jeszcze szanse na poprawę tego rezultatu.

Tomek
– Trasa sama w sobie była ciężka. Spora ilość podbiegów, podjazdów i trawersów, a do tego niesamowicie duża ilości wody i błota sprawiły, że sporą część rundy trzeba było pokonać biegiem. Na szczęście, dzięki dobrej obsłudze technicznej, co rundę miałem czysty rower bez tony błota, czekający na mnie w boksie.
Jechało mi się nie najgorzej i choć nogi na każdym podbiegu niesamowicie piekły, to walczyłem do samego końca. Pojechałem bez żadnych poważniejszych błędów, co pozwoliło mi przebić się na 44. miejsce. Śmiało mogę powiedzieć, że to najcięższy wyścig w jakim brałem udział.

fot. Arek Ostojski